Logo Instytut McKenziego Polska

Wszystkie światła na Robina McKenzie

Wywiad przeprowadzony przez członków brytyjskiej gałęzi Instytutu.

1. Co okazało się najtrudniejsze podczas tworzenia metody McKenziego?

Wiele osób zadawało mi to pytanie. Niech mi będzie wolno jednoznacznie to wyjaśnić: nie leżało w mych zamiarach tworzenie"metody McKenziego". Rozwinęła się spontanicznie w ciągu pewnego czasu jako wynik obserwacji i dokumentowania reakcji pacjentów na różnorodne strategie obciążeń kręgosłupa. Mam wrażenie, iż z czasem zacząłem podświadomie zastępować metody leczenia, których nauczono mnie w Szkole Fizjoterapii - bardziej adekwatnymi procedurami mechanicznymi o natychmiastowej skuteczności, które rodziły się w drodze prób i błędów.
Byłem świeżo upieczonym absolwentem uczelni, uzyskałem dyplom w 1952 roku, zaś prywatną praktykę otworzyłem w grudniu 1953 roku. Patrząc wstecz można powiedzieć, że w owych latach fizjoterapia była dość prymitywna. Uczono nas masażu, strategii ruchowych i ćwiczeń, wymagano znajomości przeciwwskazań do stosowania całej masy elektroterapeutycznych rupieci.
Tak więc nie było niespodzianką, że rozpoczynając praktykę zaopatrzyłem się w owe "rupiecie", by służyć swym pacjentom polecanymi w tym czasie sposobami leczenia. I - jak to często bywało - jeśli stosowało się dany środek dostatecznie długo, pacjent musiał wyzdrowieć. Takie właśnie były me wczesne doświadczenia.
Metoda McKenziego taka, jaką dziś znamy, wyrosła z przypadkowych obserwacji oraz - być może - pewnego zwątpienia w wiarygodność niektórych sposobów leczenia, które musieliśmy stosować w myśl niejasno sformułowanych zleceń lekarza ogólnego lub (co gorsza) ortopedy. Aż do lat 80-tych nie zdawałem sobie sprawy, że żaden z nich nie ma pojęcia o reakcji objawów na obciążenia mechaniczne u chorych z bólami krzyża.
Trudno było udowodnić, że wspomniane metody, o ile zastosowano je u właściwego pacjenta, wykazywały szybką i trwałą skuteczność. Chociaż dziś większość klinicystów i przedstawicieli zbliżonych dyscyplin je akceptuje, to jednak dowód skuteczności jest wciąż nieuchwytny, gdy poszukują go badacze nieklinicyści.

2. Dokąd będzie zmierzała metoda przez następne 50 lat?

Jest tylko kwestią czasu, kiedy inteligentnie zaprojektowane badania naukowe wykażą skuteczność metody. Nadejdzie dzień (choć ja go nie doczekam), w którym mechaniczna ocena reakcji objawów w odpowiedzi na obciążenia stanie się rutynową procedurą, powszechnie dostępną - klinicznie i poprzez dzisiejsze różnorodne elektroniczne media.
W przyszłości będzie można dobierać poszczególne stopnie progresji znacznie dokładniej, gdy więcej uwagi poświęcimy pewnym subtelnościom badania i doboru pacjentów. Myślę, że techniki manipulacji - tak szeroko obecnie stosowane - zostaną pozbawione elementu "domysłu". Terapeuci stosujący terapię mechaniczną będą dobierać pacjentów w sposób prospektywny z dużą dozą pewności co do prawdopodobnej słuszności zastosowania danej procedury. Wykorzystywanie własnej siły pacjenta przed zastosowaniem siły terapeuty stanie się normą.

3. Wywiad, ujawniający nawroty choroby, jest częstą cechą zespołów bólowych krzyża. Czy powinniśmy zatem zalecać długotrwałe kontynuowanie ćwiczeń po odtworzeniu prawidłowej funkcji i kiedy powinniśmy uczyć ludzi profilaktyki?

Oczywiście, że wysoka częstość nawrotów bólów krzyża u niektórych osób występuje często. Wiele skutecznych sposobów postępowania leczniczego powstało na gruncie filozofii wczesnej interwencji. "Z pierwszą oznaką nawrotu proszę do mnie wrócić" czy "Gdyby tylko przyszedł pan do mnie wcześniej".
Zawsze twierdziłem, iż naszym zadaniem jest zapewnienie choremu Trzech "R":.

  • Reedukacji postawy w zespole posturalnym
  • Rozciągnięcia przykurczów w zespole dysfunkcyjnym
  • Redukcji przemieszczenia w zespole zaburzeń strukturalnych.

Dopiero wówczas można polecić pacjentowi, by wznowił wszelkie czynności, które wykonywał przedtem. Jeśli dotąd nie ćwiczył, powinien zacząć. Jeśli wykonywał szkodliwe ćwiczenia powinien je wyeliminować i zastąpić właściwszymi. Taki program postępowania powinno się wdrożyć z chwilą, gdy pacjent uwolni się od bólu i przywrócona zostanie prawidłowa funkcja kręgosłupa.
Profilaktyka rozpoczyna się w chwili, gdy pacjent zgłasza wystąpienie centralizacji lub redukcji bólu. "Ćwiczenie, które pan wykonuje, stanowi pierwszą pomoc w pana kłopotach z krzyżem. W razie pierwszej oznaki problemów, to właśnie powinien pan zrobić. Nie musi pan zjawiać się natychmiast u mych drzwi przed wypróbowaniem znanych panu działań wiodących ku poprawie. Jeśli nie odczuje pan ulgi po zastosowaniu samoleczenia - wtedy i tylko wtedy powinien pan się ze mną spotkać."
Ostatnie badania, które prowadził Brian Uderman, oceniając skuteczność działań edukacyjnych zawartych w książce "Sam lecz własne plecy" u pacjentów z nawracającymi problemami, wykazały, że 90 procent spośród przeszło 60 chorych z dziesięcioletnim wywiadem nawracającego bólu albo uwolniło się od objawów, albo osiągnęło znaczną poprawę swego stanu, przypisując to edukacji zawartej w tej broszurce. Wyniki tych badań przedstawiono w zeszłym roku na Konferencji Międzynarodowego Instytutu McKenziego w Orlando na Florydzie.
"Edukacja" pacjenta jest kluczowym słowem w zadanym mi pytaniu. W rzeczy samej, całość podejścia mechanicznej diagnozy i terapii opiera się na edukacji - edukacji dotyczącej przyczyn, edukacji dotyczącej ćwiczeń i prawidłowej postawy, i wreszcie rzecz jasna, dotyczącej zapobiegania i profilaktyki.

4. Czy pacjentów zgłaszających się z nawrotem objawów powinniśmy dokładniej wypytywać, np. o to, czy:

  • Przestali ćwiczyć i kiedy to nastąpiło;
  • Dlaczego przestali ćwiczyć;
  • Co robili w momencie powrotu objawów?

Chociaż zadawanie tych pytań jest konieczne, to prawdą niemal uniwersalną jest fakt, że niestosowanie się do zaleceń dotyczących ćwiczeń można przypisywać zapominaniu. Gdy chory uwalnia się od bólu na szereg miesięcy, wówczas jest skłonny do rozluźniania rygorów bezpieczeństwa. Jest to naturalną konsekwencją tego, iż poczuł się normalnie; błąd, z którego zbyt późno zdaje sobie sprawę. W takich przypadkach, których jest wiele, ważną kwestią jest zwrócenie uwagi pacjentom na potrzebę wykonywania ćwiczeń wraz z pierwszą oznaką dyskomfortu czy bólu. Choć wielu chorych doznaje nawrotów pomimo naszej edukacji, również wielu może powstrzymać proces narastania zaburzeń strukturalnych swą wczesną interwencją i tym samym złagodzić objawy i skrócić czas potrzebny do wyzdrowienia. Wykazywano to nieraz na przykładzie pacjentów uczestniczących w programie rehabilitacji w ośrodku The Lodge niedaleko Wellington, którzy doznawali nawrotów podczas ćwiczeń wzmacniających, lecz mimo to potrafili szybko, niemal na poczekaniu, uporać się z problemem. Pacjent przestaje ćwiczyć albo dlatego, że uwolnił się od objawów i odzyskał pełną funkcję, albo dlatego, że ćwiczenia wcale mu nie pomagają.

5. Gdyby mógł Pan rozpocząć swe życie od nowa, czy ponownie wybrałby Pan karierę fizjoterapeuty i czy jest coś, co chciałby Pan zrobić inaczej?

Czerpałem ogromną satysfakcję z leczenia chorych za pomocą metod, które miałem szczęście odkryć. Cudownym doświadczeniem i cenną nagrodą była też możliwość prezentacji mych koncepcji fizjoterapeutom, lekarzom i chiropraktykom w 27 krajach świata. Zapotrzebowanie na edukację w zakresie "Metody McKenziego" często przekracza nasze możliwości organizacyjne. Zawsze tak było i w połowie lat 80-tych potrzeby w tym względzie były takie, że musiałem poszukać pomocy u terapeutów, których osobiście wyszkoliłem w Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych. Stali się oni trzonem tego, co w krótkim czasie przekształciło się w Międzynarodowy Instytut McKenziego. Również ich udziałem stała się satysfakcja nauczania nowego, ekscytującego podejścia do leczenia zaburzeń kręgosłupa. Należy zdać sobie sprawę, iż te metody były całkowitą nowością w każdym kraju, który odwiedzałem.
Od tego czasu niemal codziennie otrzymuję wiadomości od fizjoterapeutów i chiropraktyków z całego świata o zmianach, jakie ta metoda wniosła w ich satysfakcję zawodową, o tym, jak ją stosują, jak rozbudziła na nowo ich entuzjazm do pracy.
Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, moją karierę można uznać za bardzo satysfakcjonującą i w miarę upływu czasu, gdy badania naukowe wciąż ugruntowują wiele z mych teoretycznych koncepcji i metod, sprawy wciąż zmierzają ku dobremu, zarówno dla mnie osobiście, jak i dla reszty mych kolegów po fachu.
Pytacie mnie, czy jest coś, co zrobiłbym inaczej. Wiedząc to, co wiem dzisiaj, odpowiem: tak. Byłbym lepszy w sztuce "politykowania" i bardziej skłonny do "płynięcia z prądem". Wypowiadając się otwarcie w wielu kwestiach, w Nowej Zelandii z całą pewnością nie zawsze byłem ulubieńcem. Mój krytycyzm dotyczący ciągłego używania sprzętu do elektroterapii okazał się jednak całkowicie usprawiedliwiony w świetle aktualnej wiedzy.
Prawie 20 lat temu w Nowej Zelandii ostrzegałem, że nadejdzie czas, kiedy społeczeństwo przestanie tolerować stosowanie (nie mówiąc już o opłacaniu) metod fizjoterapii o nieudowodnionej skuteczności. Ten czas właśnie nadszedł i obecnie narzucono nam wytyczne postępowania z pacjentami ze schorzeniami mięśniowo-szkieletowymi w dążeniu do kontroli wydatków na leczenie. Jestem przekonany, że nasze środowisko zawodowe, gdyby tylko umiało zająć bardziej oświeconą pozycję w kwestii polityki zdrowotnej, mogłoby uniknąć wprowadzenia dzisiejszych restrykcji. Za to teraz w środowisku fizjoterapeutów w Nowej Zelandii daje się zauważyć wiele niezadowolenia i rozczarowania perspektywami fizjoterapii na przyszłość.

6. Czy sądzi Pan, że terapia manualna stanie się zbyteczna?

Obsesja terapeutów manualnych polegająca na stosowaniu mobilizacji i manipulacji po to, by retrospektywnie oceniać, czy zastosowanie danej procedury było wskazane, jest przestarzałą koncepcją i powinno się z tym skończyć. Jak już mówiłem, jeśli jest w ogóle możliwe, by pacjent nauczył się wykorzystywać swe własne możliwości celem rozwiązania problemu, to każdy z nich powinien odebrać taką edukację a każdy terapeuta powinien być zobowiązany do jej udostępnienia. Po co stosować terapię manualną, jeśli chory może bez pomocy uzyskać całkowite ustąpienie kłopotów?
Co więcej, nie powinno się stosować mobilizacji i manipulacji u wszystkich pacjentów z bólami krzyża po to, by skorzystali na tym tylko ci nieliczni, którzy ich naprawdę potrzebują. Terapeuci manualni, którzy nie starają się określić efektów działania procedur w wykonaniu chorego, nigdy nie dowiedzą się, co można byłoby osiągnąć, polegając wyłącznie na sile samego pacjenta.
Pewne procedury manualne zawsze będą konieczne, gdy wcześniej zastosowane stopnie progresji siły okażą się niewystarczające. A zatem techniki terapii manualnej nigdy nie staną się zbyteczne, lecz wskazania do ich zastosowania, w miarę upływu czasu i lepszej znajomości problemu, będą określane precyzyjniej i skuteczniej. Jestem zdania, że terapeuci stosujący terapię mechaniczną ostatecznie zajmą miejsce terapeutów manualnych.

7. Czy kiedykolwiek współpracował Pan z Brianem Mulliganem lub czy ma Pan takie plany?

W połowie lat 50-tych Brian Mulligan i ja odegraliśmy wiodącą rolę w najwcześniejszych fazach tworzenia Stowarzyszenia Terapeutów Manualnych Nowej Zelandii. Piastowałem w Stowarzyszeniu funkcję pierwszego Dyrektora do Spraw Edukacji i za moją sprawą doszło do włączenia koncepcji Kaltenborna do programu edukacyjnego Stowarzyszenia Terapeutów Manualnych Nowej Zelandii. W tym samym okresie w Nowej Zelandii w różnych rolach bawili także: Cyriax, Stoddard, Paris i Maitland. W tych wczesnych dniach Brian i ja wiele dyskutowaliśmy o terapii manualnej.
Jednak po zdarzeniach związanych z "panem Kowalskim" moje procesy myślowe oddaliły się od wszystkich zawiłości związanych z manualnymi technikami manipulacji. Pod koniec lat 50-tych spotkałem "pana Kowalskiego". Jeśli większa część chorych mogła szybko zareagować na obciążenie powtarzanym ruchem do końca zakresu bądź obciążenie długotrwałą pozycją, cóż usprawiedliwiałoby stosowanie mobilizacji i manipulacji?
W następstwie tej zmiany, jaka zaszła w mej rodzącej się filozofii, znalazłem się w sytuacji, w której moje sumienie nie pozwalałoby mi dalej odgrywać wiodącej roli w nauczaniu terapii manualnej. Złożyłem zatem rezygnację z funkcji Dyrektora do Spraw Edukacji Stowarzyszenia Terapeutów Manualnych Nowej Zelandii. Brian Mulligan, który zdążył dowieść swych dużych umiejętności w dziedzinie procedur mobilizacji i manipulacji, został wyznaczony na mego następcę.
W 1986 roku złożyłem Brianowi ofertę dołączenia do grona Instytutu, pragnąc uzyskać jego pomoc w sytuacji niezwykłego wzrostu zapotrzebowania na kursy szkoleniowe. Choć nie jestem pewny, czy istniała zbieżność w czasie, wydaje mi się, że właśnie organizował kursy, z powodu których stał się obecnie bardzo znany, zatem nie było więcej mowy o zaproszeniu. Nie sądzę, by nasze diametralnie różne filozofie postępowania z pacjentem mogły kiedykolwiek ulec zmianie.

8. Metoda McKenziego była przedmiotem licznych badań prowadzonych przez różnych badaczy, którzy formułowali sprzeczne wnioski co do jej skuteczności. Jakiej rady udzieliłby Pan naukowcom, noszącym się z zamiarem podjęcia przyszłych badań nad metodą?

To absolutna racja, że próby kliniczne, przeprowadzane w dzisiejszy sposób, nie były w stanie wykazać wyższości metody McKenziego nad innymi. Jednakże badania, które prowadził Cherkin, wykazały, że pacjenci leczeni według zmodyfikowanego protokołu McKenziego osiągali identyczne wyniki, jak pacjenci leczeni za pomocą manipulacji.
Chociaż protokół diagnostyczny McKenziego wyłącza pacjentów, u których nie udaje się ustalić jakiegokolwiek ruchu bądź pozycji, które eliminują, zmniejszają lub centralizują objawy - we wszystkich z dotychczas prowadzonych badań (łącznie z próbą Cherkina) autorzy nie zdawali sobie sprawy z tego zastrzeżenia, nie mówiąc już o zastosowaniu się doń poprzez wyłączenie takich chorych. Niesławna klauzula "zamiaru leczenia" jest wielką furtką dla niewłaściwych protokołów badań. Kto przy zdrowych zmysłach będzie włączał do badań nad skutecznością leczenia bólów krzyża pacjentów, którzy nie nadają się do jednego z ocenianych sposobów terapii? Z punktu widzenia metody McKenziego ci chorzy powinni być z całą pewnością skierowani do dalszej diagnostyki.
Poniżej wymienię przynajmniej kilka wskazówek służących poprawie wyników badań, choć prawdopodobnie można by ich wymienić o wiele więcej.
Pacjenci, których powinno się wykluczyć z udziału w badaniach:

  • Pacjenci objęci programem Odszkodowań Pracowniczych.
  • Pacjenci z pierwszym w życiu napadem bólów krzyża.
  • Pacjenci, których stan ulega już poprawie.
  • Pacjenci, u których czas trwania choroby wynosi dwa tygodnie lub mniej.
  • Pacjenci, u których nie udaje się znaleźć żadnej pozycji czy ruchu, które eliminują, zmniejszają lub centralizują objawy. Trzy lub cztery dni obserwacji powinny wystarczyć do identyfikacji takich osób.*
Pacjenci, których powinno się włączać do badań:
  • Pacjenci, pozostający na własnym zatrudnieniu.
  • Pacjenci z nawrotami objawów w wywiadzie.
  • Pacjenci, którzy nie osiągają poprawy pod wpływem innych form leczenia.
  • Pacjenci, u których czas trwania choroby jest dłuższy niż dwa tygodnie.
  • Pacjenci, u których podczas badania dochodzi do eliminacji, zmniejszenia lub centralizacji objawów.*

* Oznaczone gwiazdką kryteria wymagają dokonania losowego doboru pacjentów po przeprowadzeniu pełnej mechanicznej oceny czynnościowej. Takie postępowanie powinno pomóc wykluczyć z jakiegokolwiek badania tych chorych, którzy nie nadają się do terapii mechanicznej. Niestety, klauzula "zamiaru leczenia" wymaga przeprowadzania randomizacji przed badaniem mechanicznym bądź jakimkolwiek innym. Argument przemawiający za tym wymogiem jest następujący: klinicyści dobieraliby do badań jedynie tych pacjentów, u których istniałaby duża szansa korzystnej reakcji na leczenie będące przedmiotem badania. Lecz tak właśnie powinno być. Nie powinniśmy leczyć chorych, którym nie jesteśmy w stanie pomóc. Brak logiki w świecie nauki czasem wprawia nas - klinicystów - w konsternację!
Średni czas utrzymywania się objawów u pacjentów w badaniu Briana Udermana wynosił dziesięć lat. Doświadczali oni średnio czterech nawrotów w ciągu roku. Na podstawie wyników można byłoby wnioskować, że wysoka częstość nawrotów stanowi czynnik sprzyjający stosowaniu się chorych do zaleceń w zadowalającym stopniu. Po nauczeniu się z książki "Sam lecz własne plecy" prostych form samopomocy, opisanych na jej stronach, pacjenci zdali sobie sprawę, że mają przynajmniej wpływ na przebieg schorzenia. Te osoby doświadczały średnio czterech nawrotów rocznie i za każdym razem dochodziło u nich do samoistnego wyleczenia. Wydaje się, że im częściej powstaje problem, tym łatwiej ustępuje pod wpływem rozsądnych środków.
Prawdopodobnie pacjenci z pierwszym w życiu atakiem bólu krzyża nie wiedzą o możliwości przyszłych ataków. Wygląda na to, iż nie zdają sobie sprawy z możliwości pogorszenia. Co za tym idzie, w pierwszym okresie choroby nie traktują zbyt poważnie edukacji.

9. Istnieje wiele metod leczenia chorych z problemami mięśniowo-szkieletowymi (Mulligana, Maitlanda, równowagi mięśniowej, neuromobilizacji/rozciągania, Pilatesa, kraniosakralna itp.). Gdzie widzi Pan metodę McKenziego w relacji do wyżej wymienionych? Co czyni ją wyjątkową?

Wszystkie z wymienionych metod opierają się na różnorodnych przyczynach problemów mięśniowo-szkieletowych. Każda z nich posiada swój własny model teoretyczny. Niektóre z nich nie mają sensu. Inne są w doskonały sposób logiczne i mieszczą się w koncepcjach metody McKenziego. Oto przykład: jeśli przywrócimy pełną i niebolesną czynność kręgosłupa, nie dojdzie do rozciągania elementów nerwowych. Jeśli mamy do czynienia z zablokowaniem ruchu, wówczas właściwe będzie podejście McKenziego zmierzające do redukcji zaburzeń strukturalnych. Jeśli istnieje ograniczenie ruchomości - wówczas właściwym krokiem będzie postępowanie w kierunku przebudowy tkanek, które uległy dysfunkcji.
Prostota ujęcia mej metody nigdy nie stanowiła dla mnie problemu, pod warunkiem jej skuteczności. Myślę, że dlatego jest leczeniem z wyboru w tak wielu stanach USA oraz wśród tak wielu terapeutów w Zjednoczonym Królestwie.

10. Jacy ludzie wywarli wpływ na Pana karierę zawodową w jej wczesnym stadium i dlaczego?

W latach 50-tych i 60-tych w dziedzinie terapii manualnej istniało międzynarodowe grono osób uważanych za liderów tego sposobu leczenia. Podobnie jak inni terapeuci z mego pokolenia, uważałem, że tworzą najwyższy standard dla praktyki terapii manualnej; James Cyriax, Alan Stoddard, Robert Maigne, James Menell, Freddy Kaltenborn, Karel Lewitt i Geoff Maitland - wszyscy byli uważani za czołowe postacie epoki w tej dziedzinie.
Do 1968 roku, pracując w odosobnieniu Nowej Zelandii, stworzyłem metody, z których jestem znany, choć w dalszych latach poczyniłem wiele udoskonaleń. Następnie po wzięciu pożyczki pod zastaw domu wyruszyłem w podróż, by z każdym z wyżej wymienionych spędzić kilka tygodni, w nadziei, iż pozwoli to dodatkowo ulepszyć metody, które nieoczekiwanie stworzyłem.
Patrząc wstecz, po powrocie do Nowej Zelandii zdałem sobie sprawę, że żaden z tych ludzi - niekwestionowanych ekspertów w dziedzinie terapii manualnej - nie odkrył znaczenia zjawiska centralizacji bólu, które stało się kamieniem węgielnym identyfikacji tych chorych, którzy szybko reagują na terapię mechaniczną. Również nikt spośród nich dotychczas nie zdawał sobie sprawy, co oznacza niemożność uzyskania centralizacji, ani nie zidentyfikował różnorodnych zespołów klinicznych, które często widuje się u pacjentów z niespecyficznym bólem krzyża.
Świadomość tego faktu była cokolwiek niepokojąca, gdyż ledwie mogłem uwierzyć, że byłem pierwszym człowiekiem na świecie, który zdał sobie sprawę z wagi tych zjawisk. Obecnie większość autorów z bieżącego pokolenia, zajmujących się dziedziną terapii mechanicznej i ćwiczeń, zaakceptowała znaczenie centralizacji rzutowanych lub promieniujących objawów bólowych oraz metod mających na celu uzyskanie tego rezultatu.

11. Czy oprócz modelu przemieszczenia wewnątrzdyskowego nasuwa się Panu inne możliwe wyjaśnienie przyczyn tego, co znamy pod nazwą zjawiska centralizacji?

Jestem przekonany, że to Kellgren pierwszy donosił na łamach literatury, że jeśli zwiększa się mechaniczna deformacja, to zasięg i intensywność promieniowania bólu również rosną. Stwierdził taki stan rzeczy w obrębie kończyn, gdzie w miarę narastania deformacji tkanek ból zwykle rozszerza się w kierunku dystalnym. Ból z tych samych przyczyn może być spowodowany mechaniczną deformacją struktur kręgosłupa. Jest bardzo prawdopodobne, że ból promieniujący w kierunku bocznym od centralnej linii kręgosłupa ma swe źródło w takiej właśnie deformacji. Teoretycznie ból powstający w ten sposób może ulegać centralizacji wraz ze zmniejszaniem się deformacji. Z tego wynika, że wywołanie takiego bólu następowałoby w momencie osiągnięcia końcowego punktu zakresu ruchu, a zmniejszanie się napięcia tkanek powodowałoby stopniową centralizację. Proces peryferalizacji lub centralizacji bólu krzyża w tych warunkach niemal bez wątpienia jest spowodowany długotrwałym obciążeniem pozycją końcowego zakresu ruchu lub pozycją odwrotną. Jednakże wątpliwe jest, by mechaniczna deformacja lokalnych struktur była przyczyną bólu promieniującego do kończyny.

12. Co Pan czuł w konfrontacji z antagonistami - konsultantami w dziedzinie ortopedii - kwestionującymi Pańskie koncepcje?

Czułem się zdruzgotany! Wiele razy opuszczałem Stany Zjednoczone w nastroju niemal samobójczym, z ciężko poobijaną psychiką. Najczęściej byłem już zdecydowany, by nigdy nie wracać. Mimo to do momentu wylądowania w Nowej Zelandii zwykle dochodziłem już do siebie na tyle, by chcieć tam wrócić i "dać nauczkę tym skurczybykom"!
Po wygłoszeniu referatu (który moim zdaniem udał się doskonale) przed 2000 ortopedów na Dorocznej Konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Ortopedycznego w 1983 roku, musiałem stawić czoła w czasie przeznaczonym na dyskusję bardzo agresywnemu chirurgowi. Powiedział: "Panie McKenzie, my - ortopedzi - widzimy dysk na własne oczy. Dysk się nie porusza, więc czemu pan twierdzi, że jest inaczej? Zwodzi pan tylko terapeutów mówiąc takie rzeczy i powinien pan z tym skończyć." Nie muszę dodawać, że zabrakło mi słów i straciłem okazję do oczywistej riposty: "Jeśli dysk się nie rusza, czemu wszyscy używacie zwrotu: przepuklina jądra miażdżystego?"
Dalszy ciąg tej historii miał miejsce w Adelaide w 2000 roku. Szedłem długim korytarzem hotelu, w którym odbywała się tegoroczna Konferencja Międzynarodowego Towarzystwa Kręgosłupa Lędźwiowego. Nagle ujrzałem idącą w mym kierunku tę samą osobę, z którą zmierzyłem się w 1983 roku. Gdy zbliżaliśmy się do siebie, otworzył ramiona i rzekł: "Robinie McKenzie, jestem ci winien ogromne przeprosiny. To pan miał rację, a ja się myliłem." Długo o tym rozmawialiśmy i w chwili rozstania uważaliśmy się za przyjaciół, wyczekując okazji do następnego spotkania.
Jestem pewien, że wszystkich spośród was, którzy czytacie te słowa, czekają podobne doświadczenia z przedstawicielami świata ortopedycznego. Przyzwyczajcie się do tego, z czasem to minie. Takie zarzuty pod moim adresem w latach 80-tych były stawiane często. Niektórych krytyków przeżyłem, innych udało mi się zmusić do milczenia. Jednak upłynęło już wiele czasu, odkąd po raz ostatni słyszałem słowa krytyki z ust przedstawicieli różnych dyscyplin medycyny. Wręcz przeciwnie, teraz docierają do mnie wyłącznie głosy zachęty i gratulacje.

13. Czy powinniśmy nauczać niektórych zasad Terapii Mechanicznej w szkołach fizjoterapii?

Podstawowe zasady terapii mechanicznej powinny wchodzić w skład programu nauczania wszystkich szkół fizjoterapii. W Stanach Zjednoczonych szereg szkół fizjoterapii prowadzi już cykliczne szkolenia w zakresie mechanicznej diagnostyki i terapii. Chyba trzy lub cztery spośród najbardziej wpływowych kolegiów chiropraktyki w Stanach Zjednoczonych uczy mechanicznej diagnostyki i terapii. Nie widzę powodu, by nie miało tak być w szkołach fizjoterapii na całym świecie. Mimo to w pewnych kręgach wyczuwa się opór przed wprowadzeniem do szkół nawet Części A kursu. Byłbym zdania, że w ostatnim roku nauki czterodniowa Część A kursu nie przekraczałaby możliwości studentów. Być może cały system jest przez niektórych postrzegany jako zbyt prosty. Z pewnością w Części A nie są potrzebne "magiczne palce", w cudowny sposób likwidujące ból i ograniczenia ruchu, wymagające wielu lat ćwiczeń dla osiągnięcia biegłości. Prawdopodobnie za mała ilość treści manualnych umniejsza atrakcyjność całej metody. Jestem zdania, że zręczność manualna jest mniej przydatna w leczeniu bólów mięśniowo-szkieletowych w porównaniu z ustaloną analizą intelektualną, opartą na reakcji chorego na powtarzane obciążenia ruchem do końca zakresu.
Włączenie do podstawowego programu nauczania mechanicznej diagnostyki i terapii stworzyłoby klimat, sprzyjający ulepszeniu rozumowania klinicznego (dawniej określanego mianem logiki!).

14. Czy istnieje jakieś schorzenie, które szczególnie lubi Pan leczyć?

Raczej nie mogę tego powiedzieć. Tym, co mnie cieszy najbardziej, jest zdolność przewidywania już na podstawie wywiadu, że mam do czynienia z określonym schorzeniem, a następnie możliwość potwierdzenia mej hipotezy wnioskami z oceny mechanicznej. A jeśli wyniki badania zapowiadają na dodatek pomyślny przebieg leczenia - to już czysta przyjemność.

15. Co uważa Pan za największą przeszkodę w dalszym rozprzestrzenianiu się Terapii Mechanicznej na cały świat?

Jej nieznajomość.

16. W jaki sposób powinniśmy skuteczniej "głosić wiedzę"?

W 1976 roku zdałem sobie sprawę, że nikt poza Nową Zelandią nie zetknął się ani z koncepcjami teoretycznymi, ani z aspektem praktycznym tego, co określa się dziś mianem Metody McKenziego. Zdałem sobie również sprawę, że prawdopodobnie za moich dni nie stanie się szerzej znana. Kiedy nadeszły pierwsze zaproszenia do Stanów Zjednoczonych, moja radość nie miała granic. Pomyślałem: nareszcie ktoś chce o tym usłyszeć. Od tego czasu obserwowałem przyjęcie, z jakim metoda spotykała się na świecie. Wspominałem już o satysfakcji, jaką mi to dawało. Chociaż osiągnięcie tego zajęło 25 lat, jest to tylko ułamek czasu, jakiego potrzebowały inne, ważniejsze odkrycia medyczne, by ujrzeć światło dnia. Myślę, że jestem szczęściarzem, mogąc ujrzeć jeszcze w swym życiu, jak metoda zyskuje światową akceptację.
Każdy spośród was, uczestniczących w nauczaniu według naszego programu szkoleniowego, ma tak samo wielki (jeśli nie większy) udział w "głoszeniu wiedzy" niż było to możliwe wtedy, gdy ja sam wstępowałem na tę ścieżkę. Macie wielki powód do dumy i zadowolenia z racji postępu, którego jesteście przyczyną. Bez wsparcia ze strony gremiów naukowych i całego ogółu fizjoterapeutów, nie mógłbym zyskać takiego uznania, które stało się mym udziałem; dziękuję wam wszystkim za wsparcie przez wszystkie te lata. Oczywiście niektórzy z naszych kolegów zbłądzili, poszli własną drogą lub skusiły ich inne możliwości, które napotkali dzięki temu, że pięli się po szczeblach kariery w naszych szeregach. Lecz i oni, z drugiej strony, nadal stosują i promują mechaniczną diagnostykę i terapię, aczkolwiek z pewnymi zmianami.

Dziękuję państwu za ten wywiad. Odpowiadanie na państwa pytania sprawiło mi wielką przyjemność.

Robin McKenzie